poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Wyznanie publicze.

Tęsknie…

Za Tobą Martito…
Za Tobą Martusiu…
Za Tobą Mazi…
Za Tobą Adelajdo…
Za Tobą Aniu…
Za Tobą Magda…
Za Tobą Chmurko...
Za Tobą Kasiu...

Tęsknie.........................

Siedzę i jak durna oglądam nasze zdjęcia.























Po prostu już powoli mam dosyć swojego własnego towarzystwa. To bywa takie... przewidywalne. Ile można gadać z jedną osobą?

niedziela, 17 sierpnia 2008

LONG DISTANCE

Zakochana jestem w starych ludziach.





















Obserwuję ich dystynkcję, precyzję mówionych słów, jakby każde było na wagę złota, jakby trzeba było za każde zapłacić. Bo przecież w głębi ich sensu- trzeba... Za każde dobre i za każde złe słowo.

Dwa lata temu poznałam w Whitewell pewne małżeństwo. Joyce i Jack. Przeuroczy ludzie. Tyle dobra od nich doświadczyłam od nich od kiedy się poznaliśmy, tyle serdeczności. Wysyłamy sobie regularnie kartki na Święta i wszystkie inne ważne okazje. Kiedy tutaj mieszkam, jeździmy razem do Kościoła co niedzielę. Oni nie mają dzieci, więc tym samym wnucząt i chyba… ja stałam się niechcący takim substytutem na tą tęsknotę. Wdzięczna jestem Temu na górze, że możemy się spotkać tu na dole. Życie staje się prawdziwie bogate.

(ciut zbyt patetycznie to wszystko brzmi...cóż )

Ale nie o tym chciałam pisać.

Chciałam napisać, że nie mogę się nadziwić miłości. Tej miłości między dwojgiem ludzi, która mimo wszelkich przeciwności, zmieniających się obyczajów, trendów, przekonań, wiedzie ich przez życie ciągle razem i wciąż patrzą na siebie jak na dwunożny cud. I te nogi- razy dwa, wkrótce ( ponoć szybciej niż się wydaje) zaczynają kuleć, ociągać i boleć, ale cud nie przestaje być cudem.

Coś niewiarygodnego.

I sobie i wszystkim życzę takiej miłości nie jak Romeo i Julia, ale jak Jack i Joyce .

Happy day.

Co za dzień. Zamiast pracować jak na pracusia przystało, spędziłam prawie cały dzień w jakimś niezwykłym rezerwacie Bowland Wild Boar Park , gdzie pierwszy raz w życiu widziałam na żywo surykatki i proszę mi wierzyć: mordką w twarz (od twarzą w twarz), wyglądają jeszcze komiczniej niż na zdjęciach. To ich warowanie niczym w dziczy…. Masiakra!














No i kangury widziałam! Deszczowa Anglia, północno- wschodni jej skrawek, a tu kangury!
(kochana Siostro, nie trzeba jechać do Australii żeby cieszyć się widokiem tych zwierząt. Naprawdę…)







Osły, lamy, małe owieczki, żółte cipciaczki… Czuję się jak kilkulatek :)

No bo tyle radości- gdzie ja to pomieszczę?!



Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata:
moreny, mureny i morza i zorze
i ogień i ogon i orzeł i orzech -jak ja to ustawię,
gdzie ja to położę?

Te chaszcze i paszcze i leszcze i deszcze,bodziszki, modliszki -
gdzie ja to pomieszczę?

Motyle, goryle, beryle i trele -
dziękuje, to chyba o wiele za wiele.
Do dzbanka jakiego ten łopian i łopot
i łubin i popłoch i przepych i kłopot?

Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro,
co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą?
Już taki dwutlenek rzecz ważna i droga,
a tu ośmiornica i jeszcze stonoga!

Domyślam się ceny,
choć cena z gwiazd zdarta - dziękuję,
doprawdy nie czuję się warta.

(Wisia Szymborska)

sobota, 16 sierpnia 2008

mOjA RoDzInA


Dzisiejsze rodziny wyglądają różnie. Kwadratowo i podłużnie.

Kiedyś nawet natknęłam się na taka książkę dla dzieci tłumaczącą pociechom ową wariację podstawowej jednostki społecznej.

Oj, zdziwiła się wtedy pewna tradycyjna cząstka mnie.

Moją Rodzinę charakteryzuje przede wszystkim właśnie owa różnorodność, a przy tym najbardziej bolesna kwestia, którą nazwałabym rozrzutem przestrzennym. I na tym pragnę się zatrzymać.

Różne regiony Polski to najbardziej optymalna opcja.
Dotąd przez ponad 10 lat moja jedyna Siostra wraz ze swoja rodziną zamieszkiwała Wielka Brytanię, ale postanowili wkrótce przetransportować cały swój dom na koniec świata.
Przed kilkoma dniami wróciłam od niej i czułam, jak to wszystko wielkimi krokami idzie do przodu, jak dom się sprzedaje, jak rzeczy się pakują, jak rozmowy się toczą w jednym kierunku…

No i rzewność we mnie rośnie wprost proporcjonalnie do zbliżającej się rzekomej daty przeprowadzki na Antypody…





Piano Blues


Znakomity film produkcji Martina Scorsese, wyreżyserowany przez Clinta Eastwooda, którego nigdy nie posądziłabym o to, że tak dalece i żarliwie kocha fortepian.

Początek.
Pierwszą osobą która zagrała w tym filmie jest…Ignacy Jan Paderewski. Od razu się wyprostowałam z dumy na moim foteliku. Dziwna sprawa z tą narodową dumą, hmm.

Świetne nagrania archiwalne, rozmowy, które budują całość cegiełka po cegiełce. Ma się wrażenie przysłuchiwania rozmowom barowym, a jednocześnie ogarnia ogromna zazdrość o bycie właśnie w tym barze. Przynamniej mnie.

Największe wrażenie i uśmiechu wywołały na mnie taśmy z nagraniem występów kobiet. Co za widowisko! Jedna piękna z białą orchideą we włosach, druga o rączkach- pączkach, ale w obydwu tyle żaru do tej muzyki, że fortepian ledwie się trzyma na nogach. No rewelacja!

I już się nie mogę doczekać, kiedy to sobie wyświetlę na ścianie mojego mieszkania, z pełnym dźwiękiem, bo tutaj na moim laptopiku- dupiku to tak wszystko szemrze, że rzeka za oknem mi zagłusza cudnie grającego pana Oscara Petersona.

Kiedy już będę mieć takie pieniądze i wpływy jak Clint Eastwood (uhu!) też zrobię film o muzyce, tylko, że obraz nie będzie już tak rozbiegany, bo mimo co najmniej dwóch kamer, nie udało mu się zatrudnić „stabilnych” operatorów(sic!).

Tak czy siak, wkrótce już przybywam do stolicy z naręczem filmów pana Scorsese z tej produkcji, więc proszę się szykować goście mili!

sobota, 2 sierpnia 2008

Trójkowa Lista Przebojów


Postanowiłam się podzielić dwoma rewelacyjnymi dla mnie nowościami- nienowościami :)

Pierwsza z nich to ta, że po raz wtóry odkryłam, że Trójki MOŻNA SŁUCHAĆ PRZEZ INTERNET i moje życie jest o kolejne 100% bardziej uśmiechnięte.

Jutro rano posłucham sobie mojej obowiązkowej audycji od dawien dawna, przy której moja łowicka kawa smakuje jeszcze lepiej, a czuję, że i ta whitewellowska będzie niczego sobie, gdy towarzyszyć jej będzie głos pana Manna i Wasowskiego przeplatających bluesowe ciasteczka, malinki, beziki...

A druga wspaniała wiadomość to ta, że utwór "Society" Eddiego Veddera do mojego kochanego filmu "Into the wild" jest pierwszym miejscu!


Jakoś nigdy specjalnie nie podniecały mnie te rankingi, jednak kiedy to ten "mój" utwór jest w czołówce to aż mam ochotę wznieść toast. Tyle, że nie ma z kim.... takie moje prywatne "into the wild"...

czwartek, 31 lipca 2008

W czasie deszczu... zmienia się świat.

Jakby wszystko się zmieniało.
No dobrze, może nie wszystko... :)

Po prostu od kilku dni leje niemal nieprzerwanie. I zniknęły moje Hawaje!


Jest to zjawisko obce komuś, kto zazwyczaj zamieszkuje śródkontynentalną krainę, zwaną Polandią. Tutaj potrafi tak być przez miesiąc. Już zakupiłam kurtkę przeciwdeszczową, o której w momencie wysokiego pobudzenia emocjonalnego związanego z wyjazem- zwyczajnie zapomniałam. A teraz się szykuję na kalosze. Nie mogę się bez nich obejść, więc biegam w pożyczonych od Mr B., męskich o 2 numery za dużych i do tego...nie kolorowych! Ratunku...


No wszystko, po prostu cały mój świat się zmienia podczas tego deszczu. Ech...


I przypomina mi się piosenka, którą poznałam dzięki Evie Cassidy, ale pokażę tutaj wersję wyjątkową na dzisiejszy dzień, tak by dodać animuszu. Jest rok 1963 i przed Państwem... Judy Henske!


Wade in the Water

Wade in the Water Children

wade in the Water,

God's gonna trouble the Water

Who's that young girl dressed in red

Wade in the Water Must be the Children that Moses left

And God's gonna trouble the Water ....






ps. No proszę tylko spojrzeć, czy tak nie byłoby... piękniej? :)







środa, 23 lipca 2008

JUMP!
















Zachowując się jak typowa ciotka, a wręcz babcia, do której tytułu przecież jeszcze mam sporo czasu, nie chciałam się zgodzić na „little jump on the trampoline”. Po dwóch dniach oporowania, zgodziłam się.

Jejuuu, jejku jejuuu!

Jedna z lepszych decyzji w życiu!

Nie mogłam przestać się śmiać. Wszyscy obserwujący zjawiskowe odkrycie innej przestrzeni- także dostali ataku śmiechu, ale już z innych przyczyn niż sama zainteresowana tą eksploracją.


Kolejny słony wydatek w planach: duuuuuża trampolina dla Anety!
Mniam!


PS. TRAMPOLINA JEST DOBRA NA WSZYSTKO!!!

poniedziałek, 21 lipca 2008

Whitewell

Wróciłam tu. W sumie, na chwilkę zaledwie, ale jestem.


Wiedziałam jadąc, że jest tu pięknie, ale chyba do końca w sobie nie wierzyłam, że taka zieleń, takie niebo, taka przestrzeń- nie była snem….
Dwa lata z dala -bojąc się zamknięcia w wieżyczce pewnego wiktoriańskiego hotelu z dala od zgiełku warszawskiej ulicy- dzisiaj uważam to za szczęście. Znów mogę pisać. Pisać...



Napotkani dawni znajomi w sklepie z owocami. Znajomi z Filipin. Ach te pulchne buziaki, którym nie było końca!
Potem kolejni, już tutejsi, którzy raz po raz witają mnie wykrzykując: „Jesus Christ!”, i już powoli zaczynam się martwić, czy nie ogarnęła ich jakaś zbiorowa halucynacja zwiastująca niechybną schizofrenię.



Jest mi dobrze.
W mój widok z okna i tak nikt nie uwierzy nawet jak go tutaj zamieszczę… a niech tam!





piątek, 11 lipca 2008

Zauroczenie.

Bohaterem dzisiejszego programu jest Leszek Możdżer.
Mamo, nie Mojżesz, nie Moździerz, ale Możdżer :)


Zacznę od tego, że w pewnym momencie mojej edukacji muzycznej, w jazzie poprzestałam na tym, co było w domu: Davis, Komeda, Stańko, później Simple Acoustic Trio…A szkoda.

Bo tego wieczora, kiedy go po raz pierwszy zobaczyłam na koncercie w duecie z Bobbym Mcferrinem, a potem spotkałam- rozumiałabym o wiele więcej. Wiedziałabym skąd ta delikatność i spokój.

Następnego dnia spędziłam popołudnie w Empiku ze słuchawkami na uszach w sekcji klasyka- jazz. I tylko zasobność portfela nie pozwalała mi kupić wszystkich płyt, które przesłuchałam. Kupiłam tylko kilka. A mina moja, kiedy te nuty wsiąkały we mnie- będzie się jeszcze snuć legendą przez długi czas po megastore na Marszałkowskiej.
Requiem, The O, Psalmem- miałam wrażenie bycia świadkiem operacji na żywym sercu czyjegoś życia. Jest tam tyle nagości, rzewności, tęsknoty, nadziei. Ta muzyka, choć grana na tych samych od wieków klawiszach, czarnych, białych, białych, czarnych, jest taka…jasna.

Takie zauroczenie tego lata. Oby trwało jak najdłużej, bo nie pamiętam, żeby coś we mnie wywołało taki spokój i namiętność jednocześnie.

piątek, 4 lipca 2008

High heels...

Na ile wysokie obcasy zmieniają osobowość kobiety?

Czy w ogóle istnieje jakakolwiek zależność...?
Mając 5 lat, wiedziałam, że są skarbem nieważne ile numerów za duże, w jakim stylu, ważne, żeby być te kilka centymetrów ponad. Ponad czym? Bo przecież chyba nie ponad sobą.
Przechodząc okres i przedszkolnej fascynacji obcasami wszelakiego rodzaju (słynny spacer w wykradzionych mamie butach o 5 numerów za duzych na rynek po ołówki i notesy-serio, serio!), potem bunt poczatkującej nastolatki w glanach, ewentualnie martensach w uroczych swetrach szerszych niż dłuższych, aczkolwiek do kolan, po kuszenie maturzystki by wystąpić na "francuskiej szpilce" zakończonej prośbami Grzesia o zmianę obuwia w trakcie balu studiówkowego.
Dziś w mojej przepastnej szafie nie można znaleźć obuwia niewygodnego. Patrz: szykownego, wdzięcznego, seksownego, modnego. Żadne brylanty wielkości pięści nie zastąpią drobnego fleczka... Eh!
Ale cóż począć, kiedy się przewracam nawet na płaskiej podeszwie? Jakieś kursy? Studia podyplomowe może? Czy jest jakaś nadzieja dla zranionej podstępem wygodnictwa dumy 5-latki...?


Zakupy!

Wywiozły mnie w sieć sklepów przepastnych kobiety wyjątkowo doświadczone w zawodach wysokościowych na szpilce i...

Jest! Pierwsze lody przełamane.

Stoją sobie takie wysokie...( jak dla mnie:)
Skórzane, brązowe....

Czekają na ten dzień (oj wielki i piekny to dzień będzie...) kiedy razem z moją niebieską suknią z brązowymi elementami, wystapią w pięknej sali koncertowej ...

Relacja już wkrótce. O szczegółach wywrotek już wtedy sobie daruję, a teraz w głowie tylko ta piosenka w wykonaniu mojego Jose Feliciano.


"Put on your red dress baby
'cause we're going out tonight,

Put on your red dress baby
'cause we're going out tonight...

Well now wear some boxing gloves
in case some fool might start a fight

You know what I'm sayin'

Put on your hi-heel sneakers,
put your wig hat on your head,

Put on your hi-heel sneakers,
slap that wig right on your head,

Well I'm pretty sure now baby,
pretty soon you're gonna knock 'em dead."