środa, 12 listopada 2008

11 listopada.

























WOLNOŚĆ.

Jacek i Agatka

Dzień dobry Państwu,
Pisze dzisiaj do Państwa w bardzo niepoważnej sprawie.
Jednakże na tyle zajmującej pewną część mego umysłu, że ten wpis jest mi niezbędnym do próby ulżenia mojej konsternacji.

Dziewczynka , w wieku 5-ciu lat, Agatka. Uczęszcza na moje zajęcia z angielskiego i sztuki. Blondyneczka, niebieskie oczka, najcichszy głosik świata, ale alfabet śpiewa z dokładnością co do joty (co do dżeja?). I właśnie dzisiaj dowiedziałam się, że owa bohaterka ma dwie siostry. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż wszystkie one mają na imię... Agatka!
Zresztą... ich mama też :)
A co z tatusiem? Jacek...i braciszek też...
Chyba jednak nie odważę się tego komentować.
:)

czwartek, 30 października 2008

ACCENTUATE THE POSITIVE



Ten koncert był ogromną niespodzianką od samego początku, bo bilety dostałam w prezencie, o czym już wspominałam, ale i tak nie zaszkodzi podziękować raz jeszcze. Bilety od pewnego Redaktora Jazz Radia, którego audycje serdecznie polecam choćby z powodu nowego pomysłu na wprowadzenie o poranku gimnastyki jazzowej. Także godzina 7.00 spotkajmy się przy akompaniamencie dobrego jazzu, 106,8 FM, na wymachach nogą trzymając się stołu kuchennego, albo polka z wyskokiem, tak to było? No ogólnie rzecz ujmując nietuzinkowo.

Al Jerreau. Mistrz. Urodzony w roku 40-tym, z wykształcenia, mój kolega po fachu (za dziećmi: specjalista od holowania psów, tj.PSYcholog). Wokalista niezwykle odważny i kochający całym sobą to co się dzieje na scenie, tych co siedzą na widowni, a nawet fotoreporterów. Bo kto widział, żeby za wypraszającymi ich ochraniarzami krzyczeć: ”Leave them alone! Thay are my family".
Słodki jest! A jak powtarzała Mazi przez cały wieczór „ wariat”. W naszym dialekcie, to jest pierwszej klasy komplement. Słodki wariat.( w końcu tytułowa piosenka do filmu „Na wariackich papierach” nie kogo innego…:)


Zespół który wspierał go, ba! Oni tworzyli ten koncert w równej mierze! Mistrzowie w swojej klasie, wirtuozeria, profesjonalizm doskonały, mowę odbierający nawet tym, co lubią pogadać o solówkach na scenie (ja). I ta kobieta…. Od której, gdy tylko była na scenie, nie mogłam wzroku oderwać… I ten głos! Zjawiskowa. Wszyscy zresztą śpiewali tak, że te jeszcze nienagrane przez nich solowe płyty to bym kupiła dziś z marszu!
Koncert był doskonały. Tego chyba oczekuję: dobrej muzyki i dobrego "show". To jak był wyreżyserowany(?), to jak był precyzyjnie zagrany, to jak wszyscy się zachowywali na scenie wobec siebie, z jaką życzliwością – jest przecież tak ogromnie ważne dla improwizacji. Przypominał mi się koncert cudownej Zap Mamy w Palladium w zeszłym roku. To nawet jak Al rozmawiał z publicznością jakby z ludźmi bardzo mu bliskimi. Reakcja, mimo pozostawiających wiele do życzenia sztywnych fotelach Sali Kongresowej, i tak była bardzo radosna i spontaniczna. Wszyscy w jednej sekundzie wstali by bić brawa do bisów. Żywa, radosna atmosfera w środę wieczór w Warszawie. Szczyt marzeń.

Kiedy pytają mnie (uzasadnienie, w końcu mówiłam o tym koncercie już od kilku dni nieprzerwanie): „Jak było? No jak było?” To co mogę innego odpowiedzieć…?
Czarodziejsko, magicznie, szałowo, RADOŚNIE i wyrafinowanie………

Niech takie wieczory przeplatają moją codzienność jak deszcz naszą jesień. Niespodziewanie i intensywnie. A ja zawsze będę mieć przy sobie elegancką parasolkę . Na wszelki wypadek .

poniedziałek, 27 października 2008

Run Roberta, run!



Do listy najważniejszych przyjemności w życiu, tuż obok jazdy samochodem, nurkowania w jasnej wodzie, skakania na trampolinie, filmów kręcenia i oglądania, koncertów, przytulania, całowania etc., po ostatniej niedzieli muszę dopisać jeszcze jedną: wyścigi konne.

Znaleźliśmy się tam z głównie racji niedalekiego dystansu, jak i zasłyszenia o owej Wielkiej Jesiennej Gali , jaka hucznie trąbiła o Wielkiej Warszawskiej, w której tak cenna kusiła Nagroda Prezydenta m. st. Warszawy. Bez przesady, to akurat mało pociągające. Jednak świadomość, że dosłownie za płotem mojego nowego mieszkania biegają najpiękniejsze konie w Polsce, że można przeżyć coś, o czym tylko czytałam w kryminałach Chmielewskiej, że zakłady, że emocje, ten żywioł- no nie mogłam się oprzeć takiej pokusie…

Było zachwycająco! Zacznę jak rolnik (bądź Brytyjczyk): pogoda była rewelacyjna, ciepło, słonecznie, niemal bezwietrznie. Połacie rozciągającej się po horyzont zieleni trawy, złote drzewa zrzucające liście… (już chyba za daleko się posunęłam). No w każdym razie, wymarzona niedziela polskiej złotej jesieni.

Po zakupie wejściówek w cenie 10 zł, doszliśmy do miejsca prezentacji koni, gdzie Aneta już upatrzyła swojego faworyta, gdyż DJ tzn. dżokej miał prześmieszne wdzianko koloru szafirowego w białe grochy wielkości pięści, a jego koń (najważniejszy!) nosił imię dziwacznie się kojarzące Traveltino …Wcale nie chodzi mi o Tarantino, ale o obieżyświata.

No i mój Traveltino, drodzy Czytelnicy, biegł pierwszy! Naprawdę! Pierwszy przez osiem dziesiątych dystansu… Jednak styl na tzw. Pluta wcale nie okazał się tym najefektywniejszym, ale to nic… Piszczałam i tak jakby wygrał bo przecież tyle przodował, że ten drobny szczegół nie pojawienia się na mecie pierwszym i to w dodatku w ostatnich sekundach wcale nie zabił mego entuzjazmu! Wręcz przeciwnie! Postawiłam kolejne pieniądze na konia drugiej gonitwy o imieniu…Run Roberta!
Proszę Państwa, co się działo, co się działo…

Wciąż braknie mi słów… Moja Run Roberta z pewnością nazwana nie na cześć Gumpa, ale Loli o ognistych włosach z filmu Tom’a Tykwer’a, zrobiła coś, czego nie zapomnę … Proszę Państwa, co za emocje…

http://
video.interia.pl/obejrzyj,film,102202,sortuj,,st,,pozycja,6,Gonitwa_III%2C_26.10.2008%2C_RUN_ROBERTA


Wygrałam!!! To znaczy ona wygrała, a ja zebrałam kaskę, ale też fajnie. I niestety muszę po raz kolejny przyznać, że każda przyjemność musi być niebezpieczna, bo chce się więcej…
Już planuję na następne wyścigi nabyć: kapelusz ( bo jakże to bez kapelusza można było przyjść! ) skórkowe rękawiczki i lorneteczkę (chociaż może lepiej nie…)
Ale proszę mi wierzyć by odrealnić się w tej miejsko dzikiej Warszawie- nie ma lepszego miejsca. Zapomniany czas, zapomniane obowiązki, egzamin na karku, raporty do pracy. Rewelacja. Polecam.









niedziela, 26 października 2008

Wyścigi po uśmiech.



Czyżby Pan Bóg śpiewał mi tą uroczą i zwiewną piosenką z nowej płyty Ayo „Piece of joy"?

„What can I do , what can I say to make you happy again...
What can I sing, what can I bring to make you smile?..."


Tyle pięknych i zaskakujących rzeczy, ludzi, spotkań, doświadczeń, listów, zaproszeń...

Zacznę od tego mało przyjemnego sobotniego popołudnia, gdy siedząc wśród pudeł i skrzynek, zapakowanych po sufit, ryczałam jak bóbr nad moją niedolą w owej przeprowadzce międzykontynentalnej, którą mi się wydaje zmiana dzielnicy. Nagle telefon przestał działać, najważniejszym w łańcuchu pomocnym się wyjechało, a Aneta na pobojowisku swojego dotychczasowego życia na ulicy Łowickiej poczuła się jak zraniona surykatka zapomniana przez stado na środku pustyni, daleko do domu.

Nagle cud za cudami, wypasione autka z przystojnymi tragarzami zaparkowały pod bramą i takim sposobem znów mogłam powiedzieć, że nie ma takiej strasznej pustyni dla surykatki, ani takiej na niej pojedynki, która mogłaby do cna odebrać zdrowy rozsądek, a już bynajmniej nie Nadzieję.



Wieczór po wniesieniu zaledwie stu trzydziestu obrazów, tysiąca pięciuset książek i ośmiu tysięcy i czterech płyt, potoczył się pysznie. Była muzyka, bo tragarz ino gitarzystą nie byle jakim, a Aneta nie zapomniała zapakować swojego głosiku do jednego z pudeł, w barku zaskakująco pełnym, znalazł się i nektar, i ambrozja, i rozgrzawszy nasze zziębnięte ciałka zaczął się koncert domowy, którego ni jak się powstydzić, gdyż choćby nawet „Take five” się pojawiło i się zagrało i się nawet jakos odśpiewało.

A propos! Ojoj!Dostałam niezwykłe zaproszenie! W środę w naszej przeuroczo osławionej Sali Kongresowej, odbędzie się niesamowity koncert ALA JERREAU! Tak… :)



I ja, dzięki niespotykanej serdeczności pewnego pana Redaktora Jazz Radia (pon-pt 7-10 :) będę miała okazję to przeżyć. Ba! Ja to już przeżywam! Kiecunia już nawet wyprasowana wisi w szafie, aż nawet ktoś się mnie ośmielił spytać ,czy samego Jerreau mam ochotę sprowokować swym wyglądem. Ja ? Prowokowac?! No nigdy w życiu…

W każdym razie, nowy dział życia powoli się zaczyna.
Nowy dom.
Nowi sąsiedzi.
Nowe koncerty.
Nawet nowe niedzielne tradycje, bo przecież wyprowadziłam się na Aleję Wyścigową, więc i wyścigi konne, które chyba staną się moją małą słabością, ale o tym już innym razem…

ps. Dear God, you DO make me happy. All the time.

czwartek, 23 października 2008

KEEP DREAMING.

Zasapałam . Są pewne okoliczności życiowe, które zmuszają człowieka do wstawania grubo przed siódmą (żeby nie powiedzieć o szóstej…), a mi pierwszy raz od stu trzydziestu ośmiu lat to się nie udało. Zaspałam.
Ale jak ja zaspałam! Cudnie . Wydaje mi się nawet, że jestem w pewnym sensie…usprawiedliwiona, bo … byłam na kawie z Kubą Badachem. Jakiś koncert, wypatrzenie z wielce dalekich odległości odległych i trach, strzała Amora przebiła nasze pośladki, klamka zapadła, zaskoczyło. Potem wzajemne się poszukiwanie w tłumie ( ja mam te niezwykłe sny filmowe, gdzie „kamera” wędruje tak, jak w planach panoramicznych na wielkim ekranie i mogę widzieć nie tylko z mojej perspektywy, ale wyjątkowo szerzej i więcej…). Odnalezienie. Zapierające dech w piersiach. Dużo śmiechu, bo żarty, które chyba tylko we śmie mogą być tak dobrze rozumiane przez obydwoje. No i kawa.
Żeby było zabawniej w Hrubieszowskim Domu Kultury. Byłam rozanielona. Było cudnie, że aż niewiarygodnie, więc otworzyłam te rozmarzone oczęta i ku swemu ogromnemu zdziwieniu zobaczyłam, że jest ósma. Ała….
Wnioski: trochę straciłam, ale ile uśmiechu zyskałam to tylko mój Anioł Stróż wie. Acha, no i Paweł, który trochę później niż ja wychodzi do pracy i natknął się na mnie uchachaną w kuchni.
Spokojnie zaparzyłam sobie zieloną herbatkę, w głośniku Jazz Radio…. czy naprawdę muszę pisać kogo tam usłyszałam?
I to była tak piękna piosenka, której jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałam…

piątek, 17 października 2008

Co ze mna robią filmy?

Gdzie jestem? Co robie? Dlaczego nie piszę?

Próbuję znaleźć to miejsce w sobie, kiedy centralnym miejscem widokowym nie jest czubek mojego nosa. Bardzo trudno jest uciec od swojego nosa…

A poza tym dzieci, filmy, zielona herbata, czasami kawa.

A propos filmów. Miałam niezwykłe spotkanie z człowiekiem, który oczarował swoją wiedzą, ale przede wszystkim niezwykła kulturą języka, którego używał tak, że nawet najprostsze rzeczy ubierały się nagle w elegancję. Łukasz Ronduda, autor książki „ Strategie subwersywne w sztukach medialnych”. Wcale się nie zdziwię, kiedy wkrótce przed jego nazwiskiem zamiast dwóch literek "dr" pojawią się trzy (cztery, przyp.red): "prof."

Tyle pięknych słów, tyle niezwykłych filmów…
Wielki mistrz kina europejskiego Michelangelo Antonioni i jego
"Zabriskie Point" z 1969, które powaliło mnie odważną formą.



"Człowiek z kamerą" - radziecki film dokumentalny, eksperymentalny w reżyserii Dżigi Wiertowa nakręcony w 1929.

„Pies Andaluzyjki” genialnego Luisa Buñuela oraz Salvadora Daliego. 16-to minutowy film surrealistyczny, którego temat już od kilku dni przejawia się u mnie w rozmowach ze znajomymi, bo tak bardzo zapadł mi w pamięci.



Historia kina powala. Swoim bogactwem, świadomością środków i nieskończonością wyobraźni. Oczywiście widziałam najpiękniejsze z pereł, które do tej historii przeszły właśnie za swoją wyjątkowość i wyraźny przejaw wrażliwości ich twórców.

Teraz ludzie próbują sił opierając się na profilu widza(patrz klienta), na trendach panujących, na buncie przeciw nim i kręcą się w kółko w tych swoich nonsensach. Jak dawno nie widziałam współczesnego filmu tak dobrze WYMYŚLONEGO jak te tutaj wyżej przeze mnie wymienione.



Na szczęście są jeszcze dokumenty.
Operacja o kryptonimie „Popatrz głębiej Aneta” trwa nieprzerwanie. Jednym z punktów zapalnych stał się film „Trzy pokoje melancholii” finlandzkiego reżysera Pirjo Honkasalo. Jeśli ktoś z Was ma odwagę… polecam.

Napisałam.

piątek, 19 września 2008

W miłości.



Po angielsku właśnie tak się mówi: In LOVE. Zawsze mnie to zastanawiało. To zanurzenie.

Zakochana jestem się w pewnej artystce. Od dziś. Jak to się mogło stać, że myśmy się wcześniej nie spotkały?! Jak to być mogło, gdy świat tak mały! Będę ci miła spiewać chorały, sonaty grać będę szary dzień cały.

Ja muszę przestać! Przeraża mnie ta moja częstochowszczyzna. To wszystko przez ten turniej wierszokletów- się nasłuchałam i proszę!

Tak czy siak wre psia mać, kobieta nazywa się IMOGEN HEAP i jest cudowna. Mogłaby zostać moją żoną. Piękną żoną by była Imogen Heap. I zabawną i intrygującą, i w ogóle... Trzy po trzy po prostu... Trzy po trzy Majewska, wiesz?!

A tutaj spiewa anioł:


Izrael i kobieta.



To chyba przez ten festiwal Warszawa Singera, a może przez rozmowę ze znajomą o hebrajskim , na którego lekcje uczęszcza, może przez zasłyszenie ogólnego zachwytu wśród krytyków literackich- nieważne. Ważne, że w zeszłym tygodniu szukając w księgarni książki, która mnie poruszy wybrałam Amosa Oza.

Amos Oz, jako pisarz dotąd mi nieznany, nieczytany, zachwycił mnie przede wszystkim jedną bardzo ważną kwestią. Znajomością kobiet. Ich psychiki, która wydaje się tak szczelnie zakryta wielością i wielorakością warstw emocjonalnych. Wiem, bo sama kobieta bywam i niezwykle dużo kobiet ZNAM. Czytam go jakbym studiowała literaturę faktu, dokument, z którego dokładnie mogę zdiagnozować osobowość, zaburzenia pacjentki. Choć jest to literatura piękna. Zadziwiające. Chciałabym pogadać o tym jeszcze z jakimś innym psychologiem.

Amos Oz jest piszącym w języku hebrajskim Izraelczykiem, urodzonym w Jerozolimie, gdzie także studiował, gdzie w teraz w pobliskim kibucu żyje, mieszka, tworzy. Dla mnie to miejsce klucz. Może pewnego dnia, uderzy mnie tamtejsza fala gorącego powietrza, na której ciąży tyle historii… Chciałabym móc się z tym wszystkim zmierzyć.

Polecam.

Kanapka- wariatka.

Zaczęło się niewinnie. Kawa po pracy. Serniczek, co by chorutką Adelaidę utuczyć słodyczą tego świata. No niby się trochę przeciągnęło i trzeba było zmienić lokal,ale w końcu zaczął się mi weenend. Doszedł popoludniowy towarzysz, a raczej towarzyszka Maziowata i zamówiłyśmy wspólnie kanapkę…

Kanapka nie była jednak zwykłą kanapką tak jak się spodziewałyśmy po mozzarelli , pomidorach i bazylii, ale była… zaczarowana!

Przez tą kanapkę mięśnie brzucha pracowały niezłomnie kurcząc się w spazmatycznym chichocie, a mysli wędrowały po meandrach wyobraźni i zadarzały się nawet momenty wyjątkowej pikanterii, choć w slowie wciąż kulinarne, np. o pierogach...

A działo się to bez względu na miejsce naszego przebywania: metro, spacer Królewską, czy na turnieju jednego wiersza, na którym znalazłyśmy się zwabione zaproszeniem niejakiego Ptaka Piwnicznego, który nota bene ów turniej zwyciężył. Wierszem o cyrku chińskim.

I cyrk był. Tylko że bardzo polski.

Ja nie powiem, gdzie te kanapki sprzedają. Są pyszne, ale niebezpieczne. Na tyle, że od rana myślimy, czy nie skusić się na jeszcze jedna taką wieczorem. Tylko jedną…naprawdę jedną…Ostatni raz!

Spazm niezrozumiały dla nikogo prócz zaczarowanych trwał nieprzerwanie aż do 3 nad ranem. Nawet orzeźwiające herbaty nie pomagały. Trzeba było pomalować twarz na myszkę, zjeść jakieś zimne placki ziemniaczane, by usłyszeć od trzeźwej Adelaidy: Oho! Chyba koniec. Aneta odpłynęła, ostatnie zdanie pozostawiła bez komentarza.
Co za wieczór co za noc… Z kanapką wariatką!
Przysięgam! To była tylko kanapka!
I tak nikt nie uwierzy….





środa, 17 września 2008

Some kind of dream.

Janka, lat 7. Miłośniczka floretu, kiełbasy i książek. Malutka jak przecinek. Skacząca pchełkowato. Stałe jedynki już wyrośnięte. No prawie…

- Bo ja bym chciała, wie pani, mieć takie drzewo…takie drzewo z chipsami! Co by na nim chipsy rosły!

- Janiu, to by było najbardziej niezdrowe drzewo świata, przecież wiesz.

- No ale tak od czasu do czasu tylko bym sobie skubała, naprawdę. I te chipsy by tak fruwały po całej ulicy i wszyscy by mówili: „ Ej, patrzcie! To chipsy z drzewa chipowego Jani!”


I już nie wiem , czego Jasia chce bardziej , czy popularności, czy niesamowitości ?


poniedziałek, 15 września 2008

Trendy, jazzy, cool...


Babcia Władzia. Rocznik 1921.

Widząc moje ulubione jeansy, porwane na obydwu kolanach (fabrycznie), które nieopatrznie założyłam na tę wizytę:

-Oj, dziecko, a tobie co się stało? Upadłaś Anetka?
-Nie Babciu, to teraz takie… no modne.
-Niemożliwe.
-Mówię ci Babciu, ja i tak nie najgorzej mam z tymi spodniami
(co mnie podkusiło, żeby się tak ubrać…)
Na to babcia:

-Kiedyś, przed wojną jeszcze, po wioskach jeździli wozem Cyganie i zbierali różne rzeczy. I krzyczeli:
"Szmaaaty, łachmany trzy lata nieprane! Szmaaaaty łachmany dawajcie kochani!"
I wiesz, te twoje spodnie to by się na ten wóz świetnie nadawały.

I w tym momencie Babcia moja zatryumfowała. Dostała takiego uroczego ataku śmiechu i aż się przewracała siedząc, coraz ocierała łzy śmiechu.

Normalnie darła ze mnie łacha- jak nic.

Podpisano :
Wnuczka swojej Babci.