niedziela, 14 czerwca 2009

CZERWIEC

Czasami by uciec bez tłumaczenia się nikomu. Czasami by być bliżej siebie. Coś tam w środku usłyszeć, czego w stolicy nie słyszę. A wiele tego szeptu, wiele…
Spotkanie z uśmiechniętą zawsze Babcią Władzią, z moją zakochaną Mamą.
Potem sama, w pięknym domku gdzieś pod Hrubieszowem, by czytać, pisać, nadrobić zaległości, złapać w końcu to, co przepływa między palcami.
Bardzo szczęśliwe dni spokoju mam za sobą. Życzę z całego serca tego, co najprostsze.
O! Nawet kiedys byłam dziewczyną z kalendarza, o czym ciągle zapominam ;)



To już chyba przesada, by tak cieszyć się widokiem krowy...










"Chciałbym opisać najprostsze wzruszenie
radość lub smutek
ale nie tak jak robią to inni
sięgając po promienie deszczu albo słońca

chciałbym opisać światło
które we mnie się rodzi
ale wiem że nie jest ono podobne
do żadnej gwiazdy
bo jest nie tak jasne
nie tak czyste
i niepewne

chciałbym opisać męstwo
nie ciągnąc za sobą zakurzonego lwa
a także niepokój
nie potrząsając szklanką pełną wody

inaczej mówiąc
oddam wszystkie przenośnie
za jeden wyraz
wyłuskany z piersi jak żebro
za jedno słowo
które mieści się
w granicach mojej skóry

ale nie jest to widać możliwe"


Z. HERBERT

Freedom from Wrocław.

Było zimno i nieprzyjemnie. Potem zaczął padać deszcz jakby się wszystko uwzięło i nie dało nam się nacieszyć sobą w promieniach słońca, które byłby najlepszą scenografią do naszych rozmów o rzeczach tak istotnych, że pisanie o tym zionęło by kiczem i banałem… Ale słońce wychodzi wtedy jakoś nie ze sklepienia niebieskiego, ale z tych ludzi, z bliskosci, której nie ma fizycznie na co dzień. Za którą się tęskni. Tęskni!
Są takie przestrzenie międzyludzkie, które zieją intensywnością. Jakoś tak mi się napisało i jakoś tak to właśnie czuję. Te rozmowy, muzyka między nami…
Była zupa cebulowa, były truskawki, zielona herbata, kawa i kawa, i kawa, i pies był, i muzyka, i jacyś dziwni ludzie, i nowi akustycy, i spacery w deszczu Nowym Światem, i zdjęcia, i filmy, i dużo słów, dużo rozmów, dużo przestrzeni intensywnej…















"(...)Nowym Światem idą nowi ludzie,
tyle świateł taki piękny świat,
i ty ze mną, najpiękniejsza, pójdziesz
przez ten nowy Nowy Świat "

K.I. Gałczyński

New Place to sleep, to eat, to be...

Tak się zdarzyło, że trzeba było poszukać nowego miejsca na ziemi. W Warszawie. Przykutam tu pracą, ostatnimi podrygami pracy studenckiej i wieloma dobrymi ludźmi. I wśród takich znów osiadłam. Wśród dobrych ludzi. Jak chleb.
Swoje klamoty, bibeloty, meble i obrazy pakowałam dwa dni przerywane wypadami na uczelnię. Krasnoludek Adziowy pomagał jak potrafił. A potrafił!
W poniedziałek wieczór „Akcja: Przeprowadzka” rozegrała się tak błyskawicznie, że nie mogłam uwierzyć, kiedy po wszystkim spojrzałam na zegarek i okazało się, że włącznie z odsapnięciem i hektolitrami wspólnie wypitej wody na koniec w nowym miejscu, zajęło nam to… 2 godziny!
Po tym jestem w stanie uwierzyć, że gdyby byla potrzeba, z łatwością zasililibyśmy szeregi nowego AK z godnością i sprawnością dorównującą bohaterom i jak trzeba by było konie to i kraść (bo z pewnoscią wiemy skąd), a co do różańca odmawiania to jeszcze się pewnie dowiem... :)

Obiecana fotorelacja ze specjalną dedykacją za ocean i dla Lu:



Najsilniejszy członek ekipy przeprowadzkowej:



Ada i Adam the Strongman:




Już w scenie finałowej-wystarczy tylko...15 pięter w górę! Od lewej: Radzio(call for help 24h/7days), Adam (Strongman), Józek(specjalista- logistyk-nieoceniony) Martusia (my love!!)i Adziorra z drugiej strony obiektywu- "you're simply the best":

TAK BAAAAARDZO WAM DZIĘKUJĘ ZA POMOC!
Każde małe zwycięstwo ma wielki sens:


I widok z okna następnego dnia rano o 6.00:





ps.
Ktos powiedział, że zmiana miejsca zamieszkania to zmiana przeznaczenia...

środa, 27 maja 2009

Minerva



I zastanawiam się nad tym jak to jest, że amerykańska produkcja polskiego projektu taaaak brzmi, że ludziska powiadają: „O jej! A to naprawdę polskie?!” i mają na myśli to, że zbyt dobre.
No jak to jest?
Czy potomkowie Europejczyków- emigrantów mają jakieś inne szóste, siódme zmysły, którymi czują tę muzykę? I to wieczne tłumaczenie historycznych uwarunkowań...Czy faktycznie te dziesiątki lat komunizmu, wcześniejsze wojny? A może właśnie dzisiejsze kombinatorstwo i kolesiostwo zamyka horyzonty wyobraźni producentom, a nieprzeciętnym ludziom drogę do realizacji swoich koncepcji?
No jak to jest?

Ale i radość w tym roszczeniowym wywodzie. Panowie grajkowie przecież nasze polskie ziarno wywieźli za ten ocean i tam upiekli ten piękny chleb na ucztę melomana przy jakim by stole nie siadywał.

The Car is on Fire „Ombarrops!”



I niech ten wykrzyknik będzie znakiem odwagi, która uzasadniona.

Dużo się dzieje na tym albumie.
Podoba mi się to, że wokale są tak zróżnicowane, że nie śpiewa tam jedna osobowość, która przecież bardziej niż każdy inny instrument narzuca charakter całej muzyce. A mimo to płyta jest niezwykle spójna i logiczna- jeśli by można ten kawał dźwięków potraktować literacko i w ten sposób analizować.
Drażnić może audiofilskie uszęta niekiedy kanciastość języka śpiewanego, ale przyznaję,że ma to swoje uroki. Kiedy „Piatnica”spiewała po angielsku też słyszało się wiry Buga, a tutaj może i trochę Wisłę. Ale, ale...

„We 're doing fine Minerva!”



Bogato.... Bardzo bogato instrumentalnie, koncepcyjnie, fajne harmonie męskich wokali i doskonały popis mocnego głosu panny Aleks w tytułowym utworze- ah, to vibrato!

Bardzo polecam.
Uwaga! Mimo to, że płyta miała swoją premierę 22 maja już jest trudna do zdobycia. Taki ten chleb: jak świeże bułeczki!




PS. Biorę płytę pod pachę i jadę autobusem 136 świętować zwycięstwo nad czasem utrapień studenckich pewnej nowo upieczonej (?!) pani magister magister (to nie pomyłka). I co?

„I don't want go to bed now
I've got a reason
All my friends are partin'....”

I nie mam pojęcia dlaczego to jedna z moich ulubionych piosenek z tej płyty ;)

wtorek, 28 kwietnia 2009

NOWA TRADYCJA



Cykliczny festiwal trwający od 11 lat. W tym roku będąc zaproszoną, byłam na nim po raz pierwszy. Cały dzień w pracy (bardzo, bardzo intensywnie i długo), myślałam już tylko o kawie, której wcześniej nie miałam chwili wypić i o wyciągnięciu soczewek kontaktowych z oczu, które już mi przeszkadzały.
Najwyżej wyjdę wcześniej- myślałam- szkoda nie przyjąć tego zaproszenia i nie posłuchać czegoś nowego. I zostałam zaczarowana.
Folk z całego świata, jazz, częściej jazz inspirowany muzyką ludową krajów bałkańskich, Ukrainy , Białorusi, Turcji i naszej pięknej polskiej ludowizny, do której mam niezacieralny sentyment wytatuowany dziesięcioletnią pracą w zespole pieśni i tańca i pewnie w kodzie genetycznym.


Kilka wielkich zdumień:

„Sounds of Times” z Lublina- laureaci z roku poprzedniego- z czadowym akordeonem! Pierwszy raz słyszałam elektroniczne przesterowanie tego instrumentu- brzmiało toto bardzo futurystycznie i porywająco jednocześnie.

I zespół z Białorusi "FolkRoll i Nasta Niakrasawa", którzy nota bene otrzymali nagrodę Grand Prix i Nagrodę im. Czesława Niemena za „ciekawe opracowania utworów, spójność stylistyczną i piękny śpiew”. Popieram zupełnie ten wybór.
Ci młodzi artyści mają zakaz występowania w swoim kraju, więc teraz tu w Warszawie i mieszkają i grają, a śpiew Nastki jak najsilniejszy opiat brzmi tęsknotą. Coś niebywałego…

A wszystko to w genialnej sali Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego.
Polecam za rok.

Klementyna maj lof.

"Oh my darling, oh my darling,
Oh my darling, Clementine!"


Mam cudowną Mamę.
Nie, nie ma na imię Klementyna, ale Selwina (brawa dla Dziadka Bolka za kreatywność! Zasada absolutnej nowości i- trudno się nie zgodzić- niepodważalnej wartości, została zachowana).

Moja Mama- co oczywiste- robi najlepsze ogórki na świecie, najlepszą szarlotkę, pizzę, zupę pomidorową… A poza tym zachwyca, zaurocza, zagaduje, inspiruje i robi najlepsze na świecie prezenty.

Po tym, jak zrobiła mi na Boże Narodzenia niespodziankę ćwierćwiecza (mojego) w postaci kluczyków do uroczej czerwonej mazDziuni, ukradkiem zaparkowanej pod domem- myślałam, że nic tego nie przebije.

Ale skoro Dziunia ma, niedostępną jest dla ludzi bez dokumentów uprawniających do jazdy ( jaki pan, taki kram ;)- zostałam zaskoczona kolejnym środkiem lokomocji ...

Klementyna!

Klementyna to moja nowa ROWERA.





Jest piękna… miejska dama, czarna z zielonymi listkami koniczyny (jedna 4-lista).
Wygodna i stabilna, z ochraniaczami na tylne koło, co by mi się kiecunia nie wkręciła w szprychy, gdy mknę przez Las Kabacki jak ten szalony wiejski nauczyciel z koszem wypełnionym pomocami dydaktycznymi (nosy klowna, pacynki i gry planszowe).
Włos mi się rozwiewa, kiecunia faluje, buzia się uśmiecha niemal samoistnie, a ja odlatuję słuchając na zmianę Raula Midona, Imogen Heap, Audio Slave i Gaby Kulki.




Oh my Darling… Mama!
Która robisz najpiękniejsze prezenty na świecie, jak to czyni Twoja wnuczka i ja mówię choćby publicznie:

I LOVE YOU!

Do zobaczenia w maju- raju !

PS.
Klementyna dnia 17 kwietnia dostała swoje drugie podwójne imię: Maria Elena.
A to za sprawa nowego filmu Woodego Allena „Vicky Cristina Barcelona”, który WARTO zobaczyć WŁAŚNIE ze względu na rolę Penelope Cruz. Ja się zakochałam w tej kreacji. Zupełnie!



Także Klementyna Maria Elena Majewska. O!



( tu nie w kiecuni a w spodenkach z kolekcji "Jak być widocznym na drodze":)

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Święta Wielkiej Nocy

Nieważne, że wschód zalany deszczem wiosennym, choć reszta Polski kąpie się w słońcu. Nieważne, że Mama po raz kolejny przesadziła z ilością dań wielkanocnych. Nawet mało istotny wydaje się fakt braku czasu na pisanie moich (nieblogerskich) dużych zdań do dużych książek. W końcu tych zwykłych spotkań z niezwykłymi ludźmi z mojej rodziny coraz mniej. Wujkowie bohaterowie, ciocie pełne troski, kuzyni z małymi, nigdy wcześniej nie widzianym dziećmi. Na moment rzuciłam wszystko. Nawet przypadkiem samą siebie i moje obrazy, książki, a tyle przecież tutaj przytargałam.
To jednak NA TEN CZAS naprawdę mało istotne.



Z OKAZJI TYCH PIĘKNYCH SWIĄT ŻYCZĘ WSZYSTKIM TEGO UCZUCIA, ŻE JEST SIĘ WSRÓD LUDZI U SIEBIE. I ZMARTWYCHWSTANIA MIŁOSCI I RADOSCI I NADZIEI, ŻE TO CO WIDZIMY TO JESZCZE NIE WSZYSTKO, CO MOŻE BYĆ I CO RZECZYWICIE JEST.

BUZIAKI! DUUUŻO BUZIAKÓW!!!

PS. Nimniejszym obiecuję co najmniej dwa bogate, barokowe, rokokowe wręcz wpisy pełne zachwytu nad tym czym mnie ostatnio zaskakuje codzienność... I przede wszystkim Klementyna, och ta Klementyna…

To be continued… :)

czwartek, 2 kwietnia 2009