czwartek, 26 marca 2009

Kosmiczne Pingwinki

Dwóch chłopców w grupie „Pingwinków”. Walczą udając „Power Rangers” i „Star Wars” w jednym. Wszystko ok- bawią się. Potem Maciek swoją kosmiczną mocą popycha Adasia, a ten nie wyrobiwszy z akrobatycznym unikiem jaki zaplanował- ląduje głową w dół. Ałua…

Nie płacze. Siada na pluszowym wielkim żółwiu i łapie się za głowę:

Maciek: I co teraz Adaś?
Adaś: Nie wiem… Boli mnie głowa…

Maciek: Co mogę zrobić, żeby ci pomóc?

Adaś: Podmuchać.

Maciek dmucha.

Adaś: I pociumać.

Całuje.




Mają po 4 lata i o niebo lepiej wiedzą to, czego dorośli nie mogą dojść czasami przez całe życie. Na przykład ja.

Ostatnio na zajęciach z psychoonkologii wertowałam to trudne zagadnienie przez wieeeele godzin, pełnych najcięższych historii. A tu proszę-dwa 4-latki bez ani jednego dyplomu i jaki komfort działania!
Ja czasami jestem zwyczajnie zmęczona sytuacją pomocową. Może dlatego, że silę się na cud i geniusz i co tylko niemożliwe , a może dlatego, że jestem czasami przepracowana?

Dziwny toto zawód: pomocnik. Czasami wolałabym, by dziecięca definicja mojego zajęcia była zgodniejsza z prawdą: psycholog- ten, co holuje psy. Ale niech to może lepiej zostanie w sferze hobby.

Ale dzisiejsi bohaterowie walk międzygalaktycznych pokazali mi, że nie muszę tak ostro kombinować, by być dobrą tym w działaniu.

Jak ci mogę pomóc?


ps. Taki film jest...

środa, 11 marca 2009

PEGAZ*

*"Pegaz zamieszkiwał okolice źródła Pirene na Akrokoryncie. Znalazł go tam Bellerofont, który przy użyciu złotego wędzidła otrzymanego od Ateny, zdołał okiełznać rumaka. Przy jego pomocy heros pokonał Chimerę, planując następnie wznieść się na jego grzbiecie na szczyt Olimpu. Po drodze Bellerofont spadł jednak, a na szczyt dotarł jedynie Pegaz. Od tego momentu służył on Zeusowi, który po śmierci przeniósł go na nieboskłon tworząc gwiazdozbiór Pegaza.

Uderzenie kopyta tego konia miało otworzyć na górze Helikon, jednej z siedzib Muz źródło Hippokrene, stąd stanowi on symbol natchnienia poetyckiego i plastycznego."



„Bracia Karamazow” Petra Zelenki.

Zaskoczenie. Tak rzadko się to zdarza.
Bardzo pozytywne zaskoczenie.
Dosłowne połączenie teatru i filmu. Sacrum i profanum sztuki.
Pod pretekstem błahości, delikatnie (jak na Zelenkę) okraszone słodkim czeskim humorem, treści bardzo ważkie, fundamentalne dylematy moralne o naturę, godność i uczucia ludzkie i jak to bywa w powieści Dostojewskiego – te o naturę zła i istnienie Boga.

Jak ja lubię, kiedy reżyser tworząc film, nie myśli o mnie jak o widzu-idiocie, ale jak o kimś, kto nieprzypadkowo znajduje się przed ekranem. A nawet jeśli to byłby przypadek, bo jadąc do kina, wysiadłam jedną stacje dalej niż powinnam, to nawet wtedy jest szansa na powiedzenie czegoś ważnego. Ktoś dał takiemu Zelence czy innemu „dir” tą sposobność wyjątkową. Mówią, że posmutnial, a ja mówię, że on teraz chce cos dużego powiedzieć. Nie trzeba stać na stołku z megafonem i krzyczeć. Można to nakręcić. Można zaśpiewać, namalować… SZUTKA.



Czytam ostatnio kilka książek na raz. Taka mozaika we mnie też się tworzy. Między Charlesem Bukowskim, Billem Brysonem i Karolem Wojtyłą znalazł się jeszcze Philip K. Dick „A jesli nasz świat jest ich rajem?”. To zdanie, które pierwotnie miało zarysować nową książkę autora, mówi o czymś niezwykłym w skali poznania w ogóle. Są miejsca w naszej rzeczywistości, kiedy czyjś, inny świat wydaje się być tym idealnym, wyśnionym, bo nieosiągalnym. Ten film Zelenki też wydaje się być o tym. To rzeczywiście bardzo poruszające. Ten fakt tęsknoty za światem innych… Przykłady sypią się jeden po drugim tworząc całą hałdę niedocenienia, smutku, mrzonek.

Dobrze jest się zapomnieć podczaj projekcji, ale jeszcze lepiej jest się odnaleźć.
Katharsis? Nie dla każdego przecież w tym samym. Swietna scenografia. Dobry smak detalu. Gra aktorów praskiego Dejvickégo Divadla na 6+.
Puk puk... Koń Zeusa zastukał kopytem.
Polecam.



ps. tak, mam wyjątkową słabość do czeskiego...

wtorek, 10 marca 2009

Kiedy złoto w cenie, ja zajmuję się czerpaniem zysków ze srebra, wszak jedno i drugie kruszcem. Nie ma co gadule podnosić zbyt wysoko poprzeczki.



Mój komputer umarł. A może nie? Może to tylko coma? Szukamy przyczyn, by ewentualnie go wybudzić. Szukamy to chyba naciągnięte wyrażenie, nieadekwatne do sytuacji, gdyż ja pielęgnuję swoje rozognione zatoki czołowe, a Anka jeździ po Warszawie z kabelkiem do mojej starej Toshiby. Tak czy siak jakiś czas będę musiała mu poświęcić.
I niestety fundusze także. To pewnik.



Dzisiejszy wpis to kolejny post z cyklu…powiedzmy: „Fascynujący ludzie w ogromie świata”. Jeden z moich ulubionych wątków, jaki może się tutaj pojawiać. Tak wyszło, że dwa pod rząd, a to może świadczyć tylko o moim niebywałym szczęściu.


Wykład prof. Jerzego Bralczyka, na który zapisałam się na ostatnim semestrze moich studiów, by zaczerpnąć tej mądrości specjalisty od języka, krasomówcy, fantastycznego retoryka. Muszę przyznać, że obawiałam się konfrontacji z „prawdziwym” nie-telewizyjnym profesorem. Bałam się, że czar, powodowany aureola jego sławy może być złudny. Niepotrzebnie! Przyznaję z ulgą- wszystkie te obawy zostały rozwiane!

Punktualność. Zawsze wiedziałam, że ludzie sukcesu, cokolwiek by nie robili są po prostu najzwyczajniej w świecie sumienni i ciężka pracą dochodzą do wyżyn. (Bardzo fajnie pisał o tym Randy Pausch , kiedy wspominał o człowieku , który zanim został jednym z najlepszych specjalistów w swojej dziedzinie, na wykłady, które wygłaszał nosił w plecaku zapasowa lampę do projektora w razie by ta się spaliła- nie musiał odwoływać zajęć i marnować czasu setek ludzi. I trzeba oczywiście zaznaczyć, że taka sytuacja się wydarzyła na oczach w/w autora. A wtedy ktoś z uważnych obserwatorów zauważył, że ten człowiek na pewno daleko zajdzie. Co się oczywiście stało.)
Profesjonalizm. Całe serducho, cała uwaga włożona w półtora godzinny wykład, na którym ja się czułam jak na merytorycznie doskonałym ,ale pełnym przygód i dramy przedstawieniu teatralnym. Fantastyczny aktor.

Poczucie humoru. Ktoś bardzo mądrze kiedyś powiedział, że rozśmieszyć kobietę, to zdobyć jej serce. Niestety, sugerując się sędziwością profesora, przypuszczalnie już inna kobieta to serce pozwoliła sobie zaskarbić, a teraz mogą się razem cieszyć dziećmi, wnukami, prawnukami… ;)
Nie byłam osamotniona w moim entuzjazmie. Jako krótkowidz i osoba niezwykle podatna na rozproszenia, muszę siedzieć z przodu. W trakcie wykładu, odwróciłam się i zobaczyłam całą aulę, morze ludzi z wypiekami na policzkach.


Profesor Bralczyk jest z pewnością jedna z niewielu osób publicznych, którzy z całą odpowiedzialnością próbują (skutecznie) przyczynić się do budowania wyższego poziomu kultury osobistej młodych ludzi, a język przecież jednym z jej najważniejszych przejawów.
Bardzo sympatyczny człowiek.
Jestem przekonana, że mówiąc o mechanice kwantowej można się zdradzić z tym, jakim jest się człowiekiem. Przypuszczalnie to domena mojego zawodu, że potrafię wyłapać te „smaczki” osobiste z potoku słów, ale kiedy się mówi o języku, to jest jeszcze prościej.

Mam nadzieję, że egzamin będzie równie sympatycznym doświadczeniem.

wtorek, 3 marca 2009

Koncert The Globetrotters

Trochę to sobie wyśniłam. Dosłownie. Są też ludzie na świecie, którzy pomagają mi w tzw. „dreams come true”.

Stałam na tym koncercie słuchając słodkiej kalimby i czując, że zawsze można ciut więcej niż szablon codzienności każe malować. Dobrze jest móc znowu to powiedzieć. Mimo całego bagażu emocjonalnego, jaki trzeba było udźwignąć.

Ale chciałam napisać o SPOTKANIU.

Spotkaniu Zupełnie Niezwykłym. Spotkaniu dwóch niezwykłych osób, które przywołały moje najbardziej ukryte zasoby dziecięcego zdumienia i fascynacji.

Otóż mam taką małą, prywatną i zupełnie na własny użytek skrojoną teorię, że dzieci potrafią bezgranicznie zaufać i zachwycić się ludźmi, którzy im okażą serdeczność i otworzą się na nie z całym swym bogactwem. Takie dziecko jest jak ślepe- zauroczone i tym szczęśliwe.
Pamiętam moją fascynację „ wujkiem” Lucjanem, mężem przyjaciółki mojej Mamy, który do dziś jest aktywnym w zawodzie adwokatem mając już prawie 80lat. Czarujący, mądry człowiek, pełen błyskotliwego humoru i kultury osobistej, i jakiejś takiej szczególnej dystynkcji. Rozmawiał ze mną nieznużenie, pozwalał pisać na swojej maszynie i częstował lodami „Eskimos”, których miał pełen zamrażalnik w swoim gabinecie. Raj!
Do dziś mam wiersz, który o mnie napisał, wówczas 7- letniej szczerbatej gadule:
„Znam pewną dziewczynkę, kręconą blondynkę…”

A potem dorastając dostaje się kilka surowych lekcji życia i staje się takim skorupiakiem niemal bez serca, za to z dystansem i rezerwą na co najmniej 25 metrów, by więcej tej surowizny nie kosztować.

I w ten sobotni , koncertowy wieczór, poznając osobiście Bernarda Maseli i Jerzego Główczewskiego- znów poczułam się jak to dziecko. Ci niezwykli muzycy, w pięć minut naszej rozmowy, serdecznością zburzyli wszelkie mury dyplomatycznej obcości. I potem już były tylko opowieści o nagraniach, koncertach, instrumentalistach (basiści ponoć rzeczywiście myślą wyłącznie o muzyce podczas grania: C C G G…), żonach, singlach, Chucku Norrisie i Stevenie Seagalu, oj nie obyło się bez rozmazania łezką śmiechu kreski nad okiem.

Ada i tak twierdzi, że Barnard jest aniołem, a nie człowiekiem. On sam zaś mówił, że ożenił się z aniołem, więc może to i prawda, w końcu jaki anioł chciałby za męża człowieka?

A mi pozwolił grać na swojej kalimbie. Tak, jak kiedyś pan Lucjan pozwolił mi na tej maszynie do pisania, a owocem tego przypuszczalnie te tony stron druku mojego grafomaństwa.


Westchnienie w górę: oby tych aniołów w codziennych spotkaniach nigdy nie zabrakło.

A koncert był magiczny. Po prostu.

środa, 25 lutego 2009

Prawie limeryk, limeryk i nielimeryk. Wszystkie około wielkopostne.

Kotlety są niezdrowe
Zwłaszcza te schabowe
Bo jak schabowy osiądzie na wątrobie,
Będzie niestety kochanie po tobie.

Rety, rety cóż za galarety!
Z nóżek kobiecych co wpieprzają kotlety
Nie będą im służyć te nóżki trzęsące,
Choć chadzają na wystawne bankiety.

Wena kulinarna ubrała się w słowa
I zamiast gotować
Będę tak rymować
A wtedy myślę, że jestem Szymborska
I pochowają mnie na Powązkach

podpisano:
Aneta Skarpeta NIE jada kotleta.

niedziela, 22 lutego 2009

JA CHCĘ PSA!



Wiadomo jak jest: kiedy jest się dzieckiem rodzice muszą ponieść odpowiedzialność za decyzję o szczeniaku. Moi podjęli: nie. Także winę za brak kompana do zabaw i pomocy w harmonijnym rozwoju mogę na nich zrzucić ( i już wiadomo skąd ta kakafonia!).

Teraz kiedy jestem wyższa od Mamy, a Tato wydaje się mniej potężny niż kiedyś, sama mogę podjąć decyzję o spełnieniu marzeń w postaci śliniącego się czworonoga, który człapie za nami w nadziei na pełną michę i ciepły kąt do spoczynku.

Jeju! Ile strachu się najadłam, jak pani alergolog domniemywała, że mogę mieć uczulenie na sierść! Na szczęście moje ciało alienuje się tylko od kurzu i roztoczy (i melonów).

Kiedy przeglądam listy moich marzeń (tak posiadam takowe), to ciągle zostaje to jedno niespełnione…

Także postanowione: muszę zdać egzamin na prawo jazdy, napisać pracę magisterską i obronić w tym roku i ruszyć na poszukiwanie WŁASNEGO DOMU.
Jak tam dotrę (a czuję, że nie będzie to blisko…) w końcu się spotkamy!

MORDO TY MOJA!

sobota, 21 lutego 2009

LITERATURE

Czytam Nahacza i płaczę nad jego śmiercią. Przecież go nie znałam. Ale urodził się w tym samym roku co ja, a takich to zawsze traktuje się jak braci. Boli ta opuszczona, samotna, straszna śmierć. Może też dlatego, że i ja piszę, że i ja swego czasu zachwycałam się całym tym dekadentyzmem, papierosami… tylko miałam może więcej szczęścia w tym poszukiwaniu swojej tożsamości w palecie ciemnych barw i odnalazłam jakieś jasne refleksy?
Dużo ludzi opłakuje ten talent, który nie rozprostował skrzydeł. Absolutny słuch literacki...jak w muzyce, tylko tutaj w słowach, ktore trzeba częstokroć czytać na głos, by zrozumieć.

O jego debiucie prozatorskim Andrzej Stasiuk napisał: "Istnieje pewien oddzielny rodzaj prozy. Jego wyjątkowość polega mniej więcej na tym, że podczas lektury ma się wrażenie, że nie została napisana, ale ktoś komuś to podyktował. Po prostu czytając, słyszy się głos. Nie należy on wprawdzie do żadnej konkretnej osoby, ale jego brzmienie jest jak najbardziej żywe i niemal cielesne. Tak właśnie wygląda przypadek Mirosława Nahacza. Rzeczywistość nabrała ochoty na wypowiedź i w tym celu wybrała sobie Nahacza, a on zgodził się jej wysłuchać i zapisać. Tak, Szanowne Panie i Panowie, Mirosław Nahacz jest wybrańcem. Tutaj mam absolutną pewność."



Tak mało wydaje się książek młodych ludzi. Polski rynek tutaj jest po prostu koślawym potworkiem, który nawet nie wie, że świetne rozwiązania promocji młodych autorów są już dawno wykreowane i sprawdzone.

Ale wczoraj ten obrzydliwy artykuł Parycji Pustkowiak (że tak złoliwie zwrócę uwagę na wymowność tego nazwiska) w dodatku kulturalnym „Dziennika”, w którym autorka epatowała słowem „trup” nazywając tak zmarłego niedawno pisarza i natrząsając się ze śmierci jako sposób na dobrą karierę i promocję dzieła i przytaczając nazwiska Kane, Wojaczka, Stachury, czy Plath. Błagam… Zero poczucia sacrum. Zero szacunku dla ludzkiej tragedii. Znowu ryczeć mi się chce.

W domu cisza.

Słuchać tylko rytm wybijany na klawiaturze i wiatraczek mojego starego, zasłużonego laptopa.

Słońce za oknem jest niesamowite. Można by się nabrać, że wkrótce już wiosna.




wtorek, 10 lutego 2009

Najważniejsze dziecko do kocHANIA!


Jest tą perłą, której poszukiwanie spędzało sen z powiek, a narodziny były jednym ze szczęśliwszych dni w życiu. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, a ona na mój widok zrobiła najbardziej zdziwioną minę świata- nie mogłam ukryć łez wzruszenia w miejscu bardzo publicznym. Potem kazano mi jej śpiewać wszystkie piosenki, jakie znam (bo od pierwszych chwil oczarowywala ją harmonia) i tak przeleciałam przez cały repertuar kołysankowo- dziecięcy, potem ludowiznę naszej Polandii, potem poezję śpiewaną, bluesa i wszystko, co tylko pamiętałam w biegnącej zbyt szybko chwili- ale wszystko po polsku. Nie mogłam się napatrzeć... I tak śpiewałam, głaskałam maleńką główkę, a jej oczy wciąż najbardziej zdziwione.

Dziś to są najradośniejsze oczy świata. Mojego świata, w którym Hania już zawsze zostanie perełką.

Dziś jej dzień urodzin.
KocHANIA dziś kończy 5 lat.

Razem z rodzicami właśnie w tym momencie szybuje gdzieś nad oceanem,wysoko ponad chmurami w stronę Australii. Na wiele lat… Cos tam w srodku jednak sciska...

Ale znając ciocię Anetę- już niedługo i tam pofrunę ( jak zawsze za nimi latam), zapukam w jakies gorące drzwi przybywając z wizytą. Za bardzo kocham te oczy kocHANIE, zbyt dobrze wiem, co jest istotne, by pozwolić na to by ta odległość zalała wielką wodą najpiękniejsze relacje.

Droga Siostrzyczko (wierna czytelniczko moich rozemocjonowanych notatek życia codziennego), bardzo Cię proszę o pokazanie Jubilatce tych poniżej zamieszczonych zdjęć ciocinych, bo wariata z siebie będę robić do końca świata i to właśnie dla kocHANI !









piątek, 6 lutego 2009

A ja znów o POEZJI

Dostałam wiersz. Mailem. Takie czasy, nawet dla mieszkających w jednym mieście. Ale nie narzekam, lubię każdą z form komunikacji werbalnych. Lubię słowa, dużo słów ( śpiewał o tym swego czasu Staszek Sojka).

I ten wiersz.

Niezwykły.

Obezwładniający przenikliwością, mądrością Poety.

Jego zrozumieniem tego, co nam dane, zadane.

I choć wiersz napisany przez panią Wisię Szymborską, którą znam od wielu lat przez te „słowa, słowa dużo słów”, to jednak dziękuję Nadawcy listu elektronicznego, który tak wspaniałomyślnie potrafi każdą sytuację ubrać w odpowiednią rzeczywistość poetycką, literacką, często muzyczną i nadać jej nowy wymiar. Piękniejszy. Mimo trudu rzeczywistego.

„Życie na poczekaniu”

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany -
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku - pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).
Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.


ps.ja tego Pana na scenie bardzo przepraszam...za tego Barrego White'a i w ogóle. Dzwony w uszach, brak prób, trema, która "tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza"...

środa, 4 lutego 2009

WROfotoRELACJA- na życzenie...















s e n t y m e t a l i z m



Wrocław Wrocławiem, ale Warszawa jest rzeczywistością.
Po całonocnej podróży (Aniu,po raz kolejny: kocham Cię!) cała bajka została w kilogramach fot i filmów.

A teraz życie, Najdrożsi, życie. (uhu! nadęcie górą...)

I żeby było śmieszniej po powrocie wciąż słucham Andrzeja Zauchy i jego „C’est la vie…”:

C'est la vie - cały twój Paryż z pocztówek i mgły

C'est la vie - wymyślony...

C'est la vie - ciebie obchodzi przejmujesz się tym

C'est la vie - podmiejski pociąg rozwozi twe dni

C'est la vie - wciąż spóźniony...


Zastanawiające.

Chciałabym teraz przytoczyć dwa wiersze jednej z moich ulubionych poetek.Prekursorka nurtu intymnego (chyba Kochanie nie chciałaś etykietki, proszę o wybaczenie). Nazywa się Magda Galek i jest moim przyjacielem od 10 lat. Od czasów, kiedy obydwie nosiłyśmy włosy do pasa, a soczewki kontaktowe były niemożliwe do zdobycia. Jakoś tak przetrwało. I ta Poezja i my (częściej w soczewkach).
Zastanawiające.
Także to, że ja zawsze tak bardzo odnajduję się w jej słowach.
Już nic nie mówię.
Nich brzmią wiersze. Bardzo głośno. Forte.

a księżyc pomaluję na niebiesko
i przywiążę do niego sznur bieliźniany
żeby się wszystkie pieluszki rajstopki suszyły
sukienkę założę pośpiewam potańczę
duży garnek na kuchence postawię
a w nim zaczaruję moją gorącą miłość
i porą obiadową wleję im w talerze

ale zanim pędzel do ręki wezmę
jesień nadejdzie
i wśród szalonych dębowych liści
znajdę pierścionek z niebieskim oczkiem
od dzisiaj pewnie za rok to się zdarzy

tymczasem
niepewnie przez okno wyglądam zimy
bo jeśli ona szczęścia mi nie przyniesie
po cichu przemienię się w sopelek lodu


M. Galek 3.11.2007


fot. Tomek Kaczor.

I ROK PÓŹNIEJ.

"dwadzieścia cztery zimy"

dwadzieścia cztery
zimy
a każda mroźna
od stycznia
od rana
od serca

każda długa
do grudnia
do rana
do serca

w dwudziestą trzecią napisałam wiersz
czułam że śmierć jest blisko
jeśli nie miłość zamienię się w sopel lodu
pisałam

miłość nie przyszła
nie leżę w grobie
lodowate mam jedynie stopy

dwadzieścia cztery zimy
każda mroźna
a ta coraz mniej

pierwszy raz w życiu noszę lżejsze ubrania
na kolanach siniaki cóż uczę się chodzić po ziemi
potrafię już powiedzieć pierwsze słowa
czuję chcę lubię przepraszam
podlewam kiełki trawy
a najbardziej lubię rozmowy z ludźmi
są tacy inni niż wtedy po szyję ukryci w śniegu
i ja taka inna odkryta w tę zimę inną bez śniegu


MIŁOŚĆ

Zbliża się 14 luty. Może to dlatego? W zasadzie, mało zajmuje mnie to „święto”, oprócz tego, że przywołuje wspomnienie mojego patrona, którego żeńskim odpowiednikiem imienia raczyłam się na bierzmowaniu. Myślałam, że to będzie bardzo zabawne: Walentyna Tiereszkowa- pierwsza kobieta w kosmosie. Potem się dowiedziałam, że św. Walenty patronem obłąkanych i chorych na epilepsję, a moje kroki zamiast na księżyc, skierowały się na studia psychologii klinicznej. Przewrotność życia.

Ale wracając do tego neonowo- pluszowo- serduszkowego dnia, muszę się przyznać, że… ZAKOCHAŁAM SIĘ.

Było to kilka lat temu. Po raz pierwszy zobaczyliśmy się, kiedy byłam jeszcze dzieckiem w nieodłącznym kapelusiku na głowie. Jeździłam na wakacje, by przy okazji odwiedzin rodzinnych, móc codziennie pływać w ogromnym basenie ze zjeżdżalnią , dla mnie: niepodważalny priorytet.

Potem były spotkania ze znajomymi, które przyćmiły zjazdy rodzinne, potem koncerty, dyplomy, premiery spektakli moich osobistych najlepszych młodych aktorów, z jednej zamojskiej ziemi. Potem ta urokliwa zażyłość z pewnym niezwykłym zespołem wokalnym …
Oh, tak wiele, wiele!



Zakochałam się.

I wydaje mi się, że z wzajemnością. Co do pewności- to jak w każdym związku- okaże się, kiedy będziemy dzielić się ze sobą codziennością.

Jest wielki (ale nie tak, by mnie stłamsić) i piękny. O tak…
Bardzo kulturalny, szanujący tradycję, a jednak niezwykle dzisiejszy, a nawet patrzący za linię horyzontu szarej polskiej rzeczywistości. Otwarty. Przygarniający i hołubiący talenty i ludzi pracowitych. Wydaje się, że zmierzamy w podobnym kierunku- chcemy się rozwijać i wiemy jak. Gdybym miała wybierać jeszcze raz- studiowałabym tą swoją psychologię tam, gdzie on jest.

Ale nie muszę zmieniać przeszłości. Mogę zmienić moje dziś :)

To Wrocław. Nie Wacław, ale Wrocław.
Najpiękniejszy weekend tego roku ( i proszę mi nie wypominać, że minął dopiero jeden miesiąc)

Pobiłam rekord mówienia „kocham cię” w przeciągu dwóch dni.



Wyjazd powodowany młodością, wolnością, spontanem, który dodaje nam skrzydeł w naszym skrupulatnie odpowiedzialnym życiu.

Najpiękniejsi ludzie, którzy ze mną podróżowali wesołym Oplem z różowym radiem na sześć baterii C (panel do radia został wsiąknięty przez czarną dziurę w kosmosie Tiereszkowej!). W koszu piknikowym jabłka, migdały i sok pomarańczowy. Przerwa na obiad u Babci naszej Kierowniczki Ani, naznaczona kontrowersyjnymi rozmowami, które bardzo zabawnie wymknęły się spod kontroli : przy Babci, rzecz jasna :)- dziękujemy Ci Ado!

Potem najpiękniejsi towarzysze, którzy goszcząc nas niczym księżniczki, dali z siebie tyle ciepła, że wciąż promieniuje. Magiczna Madzia (!), pełen serdeczności Michał, najlepsze śniadanie świata zrobione na 9 osób przez Macieja „Kropka”, opiekuńczość najsłodsza kochanego Radka, która nawet do końca, do naszego traumatycznego wyjazdu z Wrocławia, okazała się ostoją ( a takie tam przygody samochodowo- mafijne…)

To był najlepszy weekend w tym roku. Ale jest jeszcze wiele niezapisanych. Czekam na rozwój i tego love story i jeszcze kilku innych…